×
×

Upamiętnianie

Nawojowa

PRZEŁĘCZ ŚWIATŁA I CIEMNOŚCI - POPARDOWA 1944: BOHATERSTWO I ZBRODNIA

Są ludzie, którzy roz­siewają światło. I są ludzie, którzy wszys­tko zaciemniają. 

o. Phil Bosmans

Dokument

Jest marzec 1944 roku. W górach między Nawojową, a Kamionką leży jeszcze śnieg. Mróz daje się we znaki. Gorszy od zimna jest strach, głód, a przede wszystkim niepewność. 

Jest piątek 24 marca, trwa wojna. Armia Czerwona coraz szybciej się rozpędza, zdobywa kolejne ziemie maszerując na zachód. Do Sącza ma jeszcze kawałek. Nagle, w Popardowej, wśród gór, odbija się echo śmierci. Mroźne powietrze jest przeszywane kolejnymi seriami z karabinów. Ludzie długo nie mówią o tych strzałach, bo po co robić sobie problemy? Na 70 lat zapadnie ciemność i cisza.

Jest marzec 2017 r. W Archiwum znajdujemy przerażający dokument. Nieświadomie, w 73 rocznicę wydarzeń natykamy się na zbitkę faktów, za którymi kryją się miliony myśli. To opis tragedii, bohaterstwa, zdrady i ludzkiej nienawiści. Tak wiele, na tak niewielkim skrawku papieru.

Kogo szukamy? Rumin Agnieszka z domu Janisz ur. 1896 r. w Jamnicy, areszt. 24 III 1944 r.; syn Jan ur. 1923 r., areszt w 1944 r. i rozstrzelany 30 III 1944 r. Zamieszkali Popardowa 35. Ojciec rodziny – Marcin - do końca wojny był na robotach. Z Agnieszką miał siedmioro dzieci. Ratowali siedmiu Żydów z rodziny Kauferów. Wszystkich rozstrzelano.

W listopadzie 2017 r. nawiązaliśmy kontat z córką Ruminów. Jako 10 latka na własne oczy widziała tragedię w Popardowej. Pani Kunegunda do dziś z emocjami opowiada o tych wydarzeniach. Mimo iż dokumenty podają liczbę siedmiu Żydów, córka Ruminów mówi, że było ich sześciu. Ciężko jej nie uwierzyć - była najbliżej tych wydarzeń. Żydzi pochodzili z rodziny Kauferów i Habisiów - 3 kobiety i 3 mężczyzn.

Sralówka

W jeden z wiosennych poniedziałków jedziemy do Popardowej. Do miejscowości wjeżdżamy od strony Nawojowej. Kierujemy się jak najwyżej, na szczyt. Jeżeli ktoś ukrywał Żydów, to pewnie na szczycie góry, w lesie – myślimy. Doświadczenie nas zawodzi. Jeździmy od domu do domu. W końcu przyjeżdżamy do starszego małżeństwa, które kieruje nas na drugą stronę wsi.

Wreszcie trafiamy do domu, gdzie słyszymy jedną z wersji historii. Kierują nas do domu Ruminów. Jedziemy tam i jak się okazuje jesteśmy na miejscu. Po plecach przelatują ciarki i dreszcze. Ciągle czuć tę zbrodnie.

Okazuje się, że dom poszukiwanych Ruminów nie istnieje. Stał powyżej drogi prowadzącej do Kamionki. Chata jak chata, ale miejsce do ukrywania Żydów dosyć ryzykowne. Obok mieszkający Ruminowie nie wiele wiedzą na ten temat – są przyjezdni. Dowiadujemy się kilku ciekawych rzeczy. Sralówka to nazywali – mówi jeden z sąsiadów o gospodarstwie, gdzie ukrywano Żydów. Dlaczego i skąd ta nazwa? Nie wiadomo. Być może kiedyś właścicielem tej ziemi był jakiś Żyd. Może miał na imię Srul - to już przypuszczenia, którymi się nie zajmujemy.

Tutaj przed tym krzakiem był budynek – pokazuje nam jeden z mieszkańców Popardowej. Puste pole przeraża ciszą. Pytamy o starszych mieszkańców. Ten nie żyje, tamten nie żyje – ciągle słyszymy, że spóźniliśmy się o miesiąc, o dwa tygodnie… Mimo to wierzymy, że kogoś znajdziemy.

Jedziemy na Ruminówkę. To popardowskie osiedle jest zamieszkane przez ludzi noszących właśnie to nazwisko. Tutaj nikt kompetentnie nie wypowiada się na interesujący nas temat. Las o którym mówimy nazywają „Straszne”. Mieszkańcy mówią o egzekucjach, ale bardziej partyzantów.

Przesmarowani

Wreszcie trafiamy do jednego ze świadków. O wszystkim wie. Powoli układa nam się rzeczywistość marca 1944 roku. Potwierdza on, że na tamtejszych Ruminów gadali Sralusie.

Dowiadujemy się wstrząsających informacji. Zastrzelona Żydówka była w zaawansowanej ciąży… Przesmarowała ich taka Babka z Woli, tam jak przekaźnik – opowiada starszy Pan. Czym człowiek zasłużył sobie na taką śmierć? Okazuje się, że Kauferowie nie mieli co jeść. Poszli do jednego z gospodarstw ukraść królika. Z racji, że miał urwaną nogę, sąsiadka łatwo go poznała u Ruminowych Żydów. I poszła do Niemców.

Wydaje się, że okoliczni mieszkańcy doskonale wiedzieli o ukrywających się Żydach. To była niezwykła solidarność mieszkańców, którzy nawet słowem nie pisnęli. Tymczasem wyłamał się jeden element… Pani Kunegunda nie chciała przyjąć pieniędzy za jedzenie jakie ukradli. Kauferowie chcieli dać ich mnóstwo – podwójną, a nawet potrójną wartość skradzionych rzeczy.

Niemcy przyszli od lasu, było ich dziesięciu. Zrobili ostrzał – opowiada świadek. Żydzi mieli ze sobą jakiś pistolet, ale bezskutecznie się bronili. Poddali się. Niemcy ich wywlekli za dom i zastrzelili.

Nie do końca była to prawda. Kunegunda Rybicka z domu Rumin wspomina co widziała na własne oczy:

Żydzi nie mieli żadnej broni i nie ostrzeliwali się z mieszkania jak przyszli Niemcy, to oni kazali Żydom wyjść przed budynek i  położyć się na ziemi z zamiarem ich rozstrzelania. Tak uczyniły tylko kobiety, a po pewnym czasie słyszałam odgłosy strzałów przed budynkiem. Jeden z mężczyzn zszedł ze strychu za kobietami,  mówili na niego Abek , był narzeczonym Ruhty. W pewnym momencie w sieni  rzucił się na jednego z gestapowców  i chciał lub odebrał mu broń, w trakcie szamotaniny Abek upadł i potem znalazł się przed budynkiem, nie wiadomo czy był jeszcze żywy. Potem, Niemcy kazali zejść ze strychu starszemu panu  Kauferowi, ale on nie chciał zejść, dlatego weszli na strych i zabili go, po czym zrzucili ciało ze strychu do sieni. Przed budynkiem był także najmłodszy  z Żydów , ale nie pamięta w którym momencie tam się znalazł, prawdopodobnie miał 18 lat.  W pewnym momencie przez okno mieszkania widziałam jak ten najmłodszy mężczyzna, prawdopodobnie w czasie próby ucieczki, upadł w polu, w pewnej odległości od domu do lasu i zaraz po upadku, trzymał się obiema rękami za brzuch i wił się. Dalej mama nie wie co było bo odwróciła wzrok...

W tym czasie w domu nie było matki mojej mamy , tj. Agnieszki Rumin - wspomina Pani Kuneguda (ur. 1933 r.), która wówczas była w domu razem z braćmi: Józefem Ruminem (ur. 1936 r.) i Ignacym Ruminem (ur. 1938 r.) i z siostrą Eleonorą (lat 16 -17, była niemową). Niemcy po rozstrzelaniu Żydów zrobili w domu rewizję, z tego co pamięta mama, co widziała to Niemców był siedmiu. Niemcy pytali mojej matki i  gdzie jest  jej matka. Skłamała ona, że Agnieszka Rumin poszła do Jamnicy, do cioci . Moja matka myślała , że w międzyczasie wróci jej matka i cos wymyśli - pisze do nas syn Pani Kunegudny. W rodzinie zbrodnia ciągle jest żywa. 

Gdy Niemcy odjechali, to po jakimś czasie do domu przyszła Agnieszka Rumin, która mówiła, że słyszała po drodze strzały, dlatego udała się do tartaku, aby powiadomić o tym swojego syna, Jana Rumina, tak aby uciekał do partyzantów. On nie chciał zostawić matki. Wrócili do domu oboje, ale niedługo potem wrócili Niemcy i skuli ich w kajdanki, zabrali oboje ze sobą. 

Agnieszka Rumin i jej syn Jasiek dostali się w ręce policjanta z Nawojowej, niejakiego Krupy, który zabrał ich na posterunek. Dokumenty mówią, że Agnieszka została zabita w Nowym Sączu. Syn był ciągnięty do miasta końmi. Przeżył, ale kilka tygodni później rozstrzelano go na Zbylitowskiej Górze koło Tarnowa.  W relacji Jego siostry Kunegudny, było to niemal trzy miesiace później. Własnoręcznie pisał do rodziny, że za kilka dni wychodzi, niestety, stało się inaczej....

Ojciec rodziny był na robotach w Niemczech, jak wynika z dokumentów i relacji córki. Wrócił z tamtąd w 1945 r. Do tego czasu pozostałymi dziećmi opiekowała się rodzina, sąsiedzi.

Porwanie Babci

Jedziemy do Pani Władysławy Serafin. Trafiamy na nią od razu, przed domem. Długo nie trzeba jej mówić po co przyjechaliśmy. Ja pamiętam byłam taka mała… Mój Tata kopał tam ten dół – opowiada o zbrodni. Prowadzili tę kobietę, bili jak psa – mówi o losie Agnieszki Rumin, którą zabrali policjanci

Kauferowie ukrywali się na strychu. Kim byli, nie wie. Tata opowiadał, że jak pochowali ich to widział dwóch młodziutkich chłopców i kobietę w ciąży. Taka piękna kobieta i wkładali ją do ziemi… - opowiada ze wzruszeniem.

Jak wspomina Kundgudna Rumin, po jakimś czasie przyszli mężczyźni  aby pochować zabitych Żydów - Niemcy im tak kazali. Wtedy moja mama wyszła przed budynek i zobaczyła leżące na brzuchu, na ziemi , przed domem ciała tych kobiet. Nie pamięta czy było tam ciało któregoś z mężczyzn. Mężczyźni zakopali w pobliżu domu ciała tych Żydów - pisze do nas syn Pani Rybickiej-Rumin.

Staruszka, którą spotkaliśmy w Popardowej, sama proponuje, że zaprowadzi nas na miejsce, gdzie zakopano Żydów. Jak się okazuje właśnie ją porywamy, bowiem nikomu nie powiedziała, że z nami wychodzi. Czasy są niebezpieczne, toteż rodzina nie była specjalnie szczęśliwa. Na szczęście mieliśmy dobre zamiary.

Pani Władzia odmawia podróży autem i sama dziarsko przedziera się przez chaszcze. Po drodze opowiada, jak Niemcy zaczepili jej ojca w Kamionce. Razem z bratem miał wziąć łopaty i kilofy. Nie wiedział gdzie idzie, bał się, ale poszedł. Kiedy dotarli na miejsce trupy już leżały. Strzelali na górę Ci spadali na dół, strzelali na górę i spadali na dół… - opowiada Pani Władysława. Zdecydowanie kłóci się to z relacją naocznego świadka, córki Państwa Ruminów - Żydów rozstrzelano na zewnątrz domu.

Pokazuje miejsce, gdzie stała chata. Żydów pochowano zaraz obok niej. Do dziś jest tu zapadnięta ziemia. Jeden z rozstrzelanych miał złoty zegarek. Jak go chowali to wypadł mu z kieszeni. Niemcy kazali Polakom go odłożyć.

Tata przyszedł do domu taki bladziuteńki – opowiada staruszka. Rodzina myślała, że zmarł jego ojciec. Nie powiedział żonie o tej zbrodni – była w ciąży. Serce chciało mi pęknąć – tak zawsze mówił Ojciec Pani Władzi o kobiecie w ciąży, którą pochował na popardowskich polach.

Zaraz po wojnie przyjechali jacyś ludzie. Mieli gotowe trumienki i białe prześcieradła. Wyciągnęli ciała. Pamięta, że nawet nie zarównali dołu -  musiała się tym zająć jej rodzina.

Mystków i cmentarz

Nagle w dokumentach pojawia się Ludwik Borek. Okazuje się, że ukrywał dwójkę Żydów z rodziny Kauferów. Swoją bezinteresowną pomoc przypłacił życiem – został rozstrzelany koło w poniedziałek wielkanocny 1944 r. Wiedzieni pytaniem, dlaczego tak się stało jedziemy do Mystkowa. Prawdziwym cudem jest fakt, że spotykamy w polu staruszka, jak się okazuje chrześniaka Borka.

Okazuje się, że Żydzi, którzy ukrywali się w Popardowej wcześniej przebywali w Mystkowie. Dwie osoby ukrywał Borek, resztę Pani G. Wszyscy wiedzą jak się nazywała i co zrobiła. Jak szła ulicą to zawsze ze spuszczoną głową – mówi starszy mężczyzna. W jego głosie słychać wzruszenie i pytanie: dlaczego po tylu latach, ktoś porusza tę sprawę?

Pani G. nie mogła ukrywać swoich Żydów, stąd przenieśli się do Popardowej. Jak się okazało w zostawili krowę. Była także pod opieką dwójki Żydów pozostałych u Borka. W marcu 1944 r. przez lasy, po krowę przyszli Żydzi z Popardowej, a Pani G. wpadła w szał, że straciła zwierzę. Poszła więc do Ruminów, gdzie zastała Kauferów oprawiających już mięso. Mimo próby zapłaty, Pani G. poszła do Niemców i doniosła. Sprawa nie była prosta: okazało się, że ją szantażował sąsiad: jak ona nie doniesie na Borka to on doniesie na nią. A wszystko było zemstą sąsiada, Pana U. na Pani G., za to, że przed wojną pobili się na weselu.

Zabito Żydów w Popardowej, a kilka dni potem Borka oraz ukrywanych przez Niego ludzi. Uciekł z domu, zastrzeli go za stodołą sąsiada. Zostawił żonę i dzieci. Na niego też doniosła Pani G. Czy takiej błahostki jest warte życie? Cichy Bohater spoczywa na cmentarzu w Mystkowie. I pomyśleć, że wszystko przez krowę i zwykłą ludzką zawiść.

Co się stało z krową? Część zjedli już Żydzi w Popardowej, część Niemcy, a część Pani G.

Zemsta

Pani Władzia dobrze znała Ruminów. Bardzo przeżywała naszą wizytę. Zwierzyła się, że chodziła do szkoły w Nawojowej z dziewczyną pochodzącą z tego domu. Po wojnie Rumin zabrał ocalałe dzieci i wyjechał na Ziemie Odzyskane. Świadkowie mówią o Odmuchowie, potem przeprowadzili się do Nakła.

Wszyscy wiedzieli, kto wydał. Kobieta nie miała życia we wsi, wyprowadziła się. Córka Rumina odwiedzała Popardową i Panią Władzię. Kunegudna Rumin poszła do donosicielki, akurat pracowała w polu. Powiedziała Pani G. że to ona zabiła jej matkę, na co kobieta zemdlała. 

Nasza podróż to też zemsta na zapomnieniu. Odkryliśmy niezwykłą historię. Kolejnym etapem było szukanie Kauferów. Okazuje się, że ostatnimi właścicielami folwarku w Zawadzie byli Eljasz i Berta Kaufer. Prawdopodobnie oni tutaj zginęli. Cała rodzina pochodziła z Wysokiego koło Limanowej. W Popardowej śmierć znalazł zapewne ich syn Herman Kaufer (ur.  1899), Szmiel Kaufer (ur. 1911), Salomon (ur. 1905).  Okazuje się, że rodzina znała się z Ruminami od dawna - Marcin był pracownikiem Kaufera. Stąd znaleźli schronienie w Popardowej.

Epilog

30 kwietnia 2017 r. Na cmentarzu żydowskim odbywała się modlitwa za pomordowanych 300 sądeckich Żydów. Wracając z uroczystości znajdujemy cudem grób ekshumowanych Żydów z Popardowej. Historia zamyka się w zwykłym kamieniu, na którym wyryto ich nazwiska: Ruchla, Reizla, Chaim, Gitla Neugroschel, Blumka i Aba Schreiber  i Mojżesz Kaufer. Na tablicy jest błąd, nie zabiti ich w kwietniu, tylko w marcu. Historia się domknęła.

***

Niektórzy mieszkańcy Popardowej opowiadali, że wieczorami słychać jęki rozstrzelanych. Mamy nadzieję, że dla mieszkańców wsi nie będzie to anonimowa historia, kończąca się na mówieniu o miejscu, gdzie straszy. Będziemy dążyć do upamiętniania wydarzeń z marca 1944 r.

Łukasz Połomski, Artur Franczak, Dariusz Popiela